Na Kazimierzu

Błądzą o zmierzchu
Duchy znajome
Świat który minął
W przeszłość odpłynął
Trudno zapomnieć
Na umówioną
Późną godzinę
Chętnie przybieżą
Ciepła spragnione
Duchy znajome
Na Kazimierzu

To puste okno za dnia
Przejmuje smutkiem do głębi
Zagląda tu czasem wiatr
I wierna para gołębi
Lecz nocą czy nam się śni
W tym oknie znów się kołyszą
Dwa cienie a pośród mgły
Muzyka splata się z ciszą

Na Kazimierzu...

Gdzieś kroki słychać to ten
Nad którym zamknęła się ziemia
Do domu śpieszy choć wie
Że domu dawno już nie ma
Gdy trafisz tu pierwszy raz
Przyciągnie wzrok puste okno
Dogoni szept zgasłych miast
Nie odchodź jeszcze nie odchodź

Na Kazimierzu...





Przez pole szliśmy ja i ty

Przez trawy przez zielone
Niebieski szalik dałeś mi
Kupiłeś mi pierścionek

Pierścionek szczerozłoty jest
Z jedwabiu modry szalik
A ty gdzieś pojechałeś sam
Zniknąłeś mi w oddali

Pociągiem odjechałeś stąd
Płynąłeś statkiem bystrym
Przy mym okienku stoję wciąż
I czekam na twe listy

Pocztylion mija mnie co dzień
Siwiutki już staruszek
Nie kręci głową nie ma nic
i wciąż się smucić muszę

Przed Bogiem i przed ludźmi
W kąt chowam się chyłkiem cicha
I czuję coś się we mnie rwie
Coś więdnie i usycha

Przez pole szliśmy ja i ty
Przez trawy przez zielone
Niebieski szalik dałeś mi
Kupiłeś mi pierścionek

Przy mym okienku stoję wciąż
i czekam... na twe listy